juz 13 dzien w istanbule, wciaz kolorowy lekko zapyzialy hostel. marazm, muzyczka, mapa swiata nad glowa, na przeciwko plan miasta w ktorym trudno znalezc sensowne mieszkanie (w galata, cihangir, besiktas albo kadikoy, przy uwzglednieniu zastanawiajacego braku motywacji) jutro pierwsze zajecia o 13 z wlasnej nieprzymuszonej woli. niezrzucone zdjecia na karcie. obsluga hostelu znikla, przyszedl jakis turek, gestykuluje rozpaczliwie, fuka, przewraca oczami, ale nie idzie sie dogadac, za to swietnie mu idzie falszowanie na gitarze o czym sie przekonuje po tym jak zrezygnowany klapnal na fotelu i powzial instrument do rak. po chwili zbiegowisko turkow, ktorzy zachowuja sie zaskakujaco trzezwo jak na srodek nocy, ide spac